Archiwa tagu: chris

Chinese Democracy starts now

Zaczyna się dalekim okrzykiem,wszystko jakby się budziło, Chińczycy rozmawiają, lekki odcień paniki… Wiadomo, że coś się zbliża. Wejście gitary, parokrotnie powtórzony motyw, wreszcie znajomy wrzask.
Panie i panowie  – startujemy!
Porzućmy  na chwilę rozważania o 15 latach,13 milionach, o tym, że to „tylko Axl”, że płytę produkowało mniej więcej tylu ludzi, ilu mieszka w Chinach 😉
Ostatecznie i tak najważniejsza jest muzyka,czyż nie?

Już na początku plus dla Axla i jego ekipy. Wydanie tej płyty pod tytułem Chinese Democracy spowodowało protest Chin ze względu na przywołanie w tekście piosenki chociażby Falun Gong, czyli jedynej realnej opozycji w tym kraju. A to spory sukces jak na zespół rockowy,nie sądzicie?
Piosenka ma w sobie sporo energii, choć raczej mały potencjał, by stać się hitem radiowym w dobie piosenek lekkich, łatwych i przyjemnych.
Po ostrym,rockowym Chinese Democracy zdecydowana zmiana klimatu – Shackler’s revenge – tak Gunsi nie grali nigdy. Można zarzucić tej piosence dyskotekowy rytm, ale nie nie sposób odmówić jej energii i żywiołowości podobnej do tej znanej z debiutanckiej płyty Gunsów. Styl zupełnie inny, solówki również, ale wściekłość ta sama. „Don’t ever try tell me how much you care for me” Yeah !!!
Następnie mamy Better, kolejna zmiana klimatu. Być może już trochę osłuchałem się z tym kawałkiem, ale na tle Shackler’s revange wypada dość mdło. Zdecydowanie za długi, acz nie sposób odmówić mu dość silnego radiowego klimatu. Hitowy, może nawet za bardzo. Mimo to wciąż silny punkt płyty.

Po tym mocnym początku pora na Street of dreams. To dawne The Blues ze zmienionym w ostatniej chwili tytułem. Chyba najbardziej radiowa piosenka Gunsów z tej płyty. Interesujący tekst, ciekawe zmiany. Jedna z moich ulubionych, mimo, że znam ją od lat.

What I thought was beautiful
Don’t live inside of you
Anymore
” dramatycznie wyśpiewane,wykrzyczane przez Axla
porywa za serce każdego,kto kiedyś kochał…

Po Street of dreams mamy If the world, jakby żywcem wyjęte ze ścieżki dźwiękowej  jakiegoś filmu. Leniwe, uspokajające, acz  zupełnie „nie w stylu Gn’R.” Tylko, czy to coś zmienia? Osobiście razi mnie nieco maniera wokalna w tym kawałku, która sprawia,że ciężko mi się go słucha. Nie da się ukryć, że powtarzający się refren sprawia wrażenie dość monotonnego, a co za tym idzie również piosenka wydaje sie nieco za długa.

There was a time… Tak, był taki czas, gdy Gunsi nie pomyśleliby o takim wstępie do piosenki. Piosenki, w której Axl daje z siebie wszystko. Nie wierzycie? Spróbujcie zaśpiewać. Kiedyś miałem mu za złe właśnie to, że wciąż śpiewa i śpiewa, a nie daje pograć muzykom. Dziś nabrałem troszkę dystansu, bo wbrew pozorom to wszystko doskonale się komponuje. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest to materiał na singiel. Kolejny przejmujący, pełen emocji tekst, po mistrzowsku zaśpiewany przez Axla.

Ballad nadszedł czas  – Catcher in the rye stoi w kolejce.Nie wiem,czy to dobre rozwiązane, bo  utwory są dość podobne, jeśli chodzi o strukturę. Poprockowe Catcher in the rye przywodzi na myśl dokonania The Beatles.
Materiał na singiel? Czemu nie.Czy na pewno nie mogło tego być na Use Your Illusion?
Nigdy się nie dowiemy.
Nie da się jednak ukryć, że  piosenka  może nieco nużyć.

„Don’t you try stop us now” – czyli Scraped przywołuje echa „Tastes it god,don’t it”. Energiczne, przebojowe,choć pozostaje jedno pytanie – kto ma nie próbować zatrzymać Gunsów i dlaczego to sam Axl staje w obronie,zamiast całego zespolu… Ale widać takie prawo wokalisty 😉

Niektórzy twierdzą,że w Rhiad & The Beduins można doszukać się ech Appetite for Destruction.Sam nic takiego nie słyszę. Kawałek na pewno ostry, Axl wykrzykuje swoje pod adresem Beduinów i Rijadu; można potraktować piosenkę jako kolejny protest przeciw wszelkim formom dyktatury, tym razem ze strony radykalnych muzułmanów.Choć rzecz jasna bardziej pasowałby tu Teheran, ale nie wymagajmy od Axla więcej wiedzy niż od przeciętnego Amerykanina. Mimo wszystko to piosenka z gatunku tak zwanych wypełniaczy.  Niemniej jednak dość fajnie komponuje się z resztą.

Sorry – spokojnie,niemal melancholijne.Rozliczenie Axla z … no właśnie nie wiadomo z kim. Może fani, może byli koledzy z zespołu, a może wszyscy po trochu.Axl oznajmia im wszystkim: Nie przepraszam za siebie,jestem jaki jestem,przyjmij to do wiadomości i zaakceptuj. Znaczące w tym kontekście są zwłaszcza słowa:
„Nobody owes you not one goddamn thing”
Warto przesłuchać i przemyśleć.

I.R.S. ,pierwszy kawałek z  Chinese Democracy, jaki mieli szansę poznać fani, pierwszy zwiastun  tego, czego możemy oczekiwać.
Piosenka całkiem przyzwoita, sprawdzająca się zwłaszcza na koncertach, gdzie fani chcą sobie pośpiewać, a niekoniecznie zwracać uwagę na tekst. Zmiany tempa, wrzeszczący momentami wręcz potępieńczo Axl. Trzeba czegoś więcej?

Ano czasem trzeba. Przydaje sie odrobina wytchnienia, na dodatek z całkiem ciekawym tekstem.To wszystko znajdziecie w „Madagascarze”. Kiedyś jeden z moich ulubionych kawałków na nadciągającej płycie. Dziś… wciąż w czołówce, ale nie da się ukryć,że czegoś jednak zabrakło… Nie do końca wiem czego, może oświetlenia rodem z Rock in Rio 3, może odrobiny piskliwego wokalu Axla z tego koncertu,który sprawiał,że piosenka brzmiała bardziej przejmująco…  Teraz Axl brzmi trochę jak sterany życiem człowiek zmierzający swoją ostatnią drogą: zdradzony, zdruzgotany, bez cienia nadziei…choć nie do końca. Świadczą o tym chociażby fragmenty wkomponowane  w utwór.

Na osobną  recenzję zasługiwałby  This  I love…Jednak zamiast tego fragment tekstu:

„So if she’s somewhere near me
I hope to God she hears me
There’s no one else
Could ever make me feel
I’m so alive”


A to wszystko okraszone  dramatycznym, przepełnionym bólem głosem Axla, orkiestrą i harfą oraz gitarową solówką przypominającą  brzmienie tego, którego od ponad 10 lat nie ma już w Gunsach…Na pierwszym planie pozostaje jednak przede wszystkim  Axl i jego dramat. Dramat, o którym nasłuchaliśmy się wiele, ale jeszcze nigdy w ten sposób. Owszem,mamy tu orkiestrę,ale wszystko brzmi dość ascetycznie.Ten kawałek po prostu trzeba usłyszeć.
W ciszy, w samotności, wczytując się w tekst…

Dla mnie tu płyta mogłaby się zakończyć, bo This I love absolutnie powala,ale zostało przecież jeszcze Prostitite.
Rozliczenie z przeszlością. Przesłanie: „Zrobiłem, co musiałem” Teraz idę dalej…Chodź za mną…

Czy pójdziemy? Ja na pewno!

Zaum

Pomiędzy Replicants, a Luskiem przyszły klawiszowiec GN’R zajął się innym projektem, nazwanym Zaum. Miało to miejsce na przełomie 1995-96.  Zaum to „[wym. za-um] ros., ‚język pozarozumowy’, arbitralna kombinacja dźwięków, gra z morfologicznymi składnikami znanych wyrazów stosowana w poezji ros. przez Wielemira Chlebnikowa (1885-1922) i Aleksieja J. Kruczonycha (1886-?) w dążeniu do obnażenia „słowa samoistnego”, zgodnie z przekonaniem futurystów, że słowo, jako budulec poezji, należy wyzwolić z jego „tradycyjnej zależności od znaczenia” i uczynić z niego jednostkę samowystarczalną”.

W skład zespołu, prócz śpiewającego i grającego na gitarze oraz syntezatorze Chrisa weszli: perkusista Tool Danny Carey oraz basista związany z Toolem Marco Fox. Z grupą pracował również Vince DeFranco, który również miał związki z zespołem Tool.

Grupa nagrała 4 dema, dostępne wyłącznie na kasecie, a właściwie chciałoby się powiedzieć praktycznie niedostępne w takiej formie. Są to: „Apparatus”, „Merkaba”, „Psychodelic Experience” „Serpent”. Nieco później zespół przestał istnieć.

Już  tytuł jednej z nich sugeruje jaki rodzaj muzyki grał zespół. Są to w zasadzie psychodeliczno-eksperymentalne dźwięki, okraszone w pierwszym z utworów cytatem z filmu Kaligula z 1979. Muzyka niełatwa, niepokojąca, częściowo jakby ze ścieżki dźwiękowej jakiegoś horroru, czy filmu s-f, ale z pewnością warta uwagi. Moim osobistym faworytem jest „Merkaba”.

W roku 2000  Tool w swoim newsie przesłanym do fanów  poinformował, że materiału Zauma jest znacznie więcej i wkrótce zostanie on udostępniony…

Posłuchajmy nagrań z dema i kilku dodatkowych 🙂

 

 

 

 

 

 

 

Lusk – Free Mars

Zespół Lusk był kolejnym projektem, w ramach którego Chris Pitman współpracował z Paulem D’Amourem. Wcześniej ich ścieżki skrzyżowały się w zespołach Tool i Replicants. Lecz tym razem stworzyli wspólnie coś zupełnie innego, wraz z Gregiem Edwardsem(Failure, Autolux) i Bradem Lanerem w roku 1997 nagrali „Free Mars”.
Jak sam tytuł wskazuje na płycie znajdziemy dosłownie nieziemską muzykę, którą najlepiej określić jako eksperymentalny psychodeliczny pop. Jednak niech was nie odstrasza ten opis. Utwory na tym krążku są kompozycjami rozbudowanymi pod względem instrumentalnym z pięknymi melodiami i charakterystycznym dla twórczości Chrisa Pitmana poczuciem pewnego niepokoju i tajemnicy. Klawiszowiec Guns N’ Roses jest współtwórcą wszystkich utworów na tej płycie, poza tym śpiewa i, jak przystało na multiinstrumentalistę, gra na fortepianie, organach, melotronie, klawesynie, syntezatorach, a także na gitarze i basie. Warto nadmienić, że „Free Mars” został nominowany do nagrody Grammy w kategorii najlepszego wydania. Zaś w warstwie muzycznej na albumie możemy znaleźć następujące utwory:

1. „Backworlds”
2. „Savvy Kangaroos”
3. „Gold”
4. „Free Mars”
5. „Doctor”
6. „Mindray”
7. „The Hotel Family Affair”
8. „Black Sea Me”
9. „Undergarden”
10. „Kill The King”
11. „My Good Fishwife” / „Blair’s Spiders” (ukryty utwór)

Po wydaniu płyty zespół wyruszył w półroczną trasę koncertową, na której był wspierany przez harfistkę Patti Hood. Płytę  można polecić każdej osobie, która lubi ciekawe, różnorodne i ciekawe kompozycje ze znakomitymi wokalami, a także pięknym, specyficznym klimatem.

Posłuchajmy 🙂

 

Replicants


Grupa Replicants powstała jako poboczny projekt gitarzysty,perkusisty i klawiszowca Grega Edwardsa i wokalisty,basisty i programisty Kena Andrewsa, muzyków alternatywnej grupy Failure, która w tym czasie negocjowała nowy kontrakt. Do współpracy zaangażowano także Paula D’Amoura, byłego basistę Tool i klawiszowca Chrisa Pitmana.
Zespół od początku miał funkcjonować jedynie jako odskocznia od tego, co muzycy tworzyli na co dzień.
Stąd też nazwa,kojarząca się z książką Philipa K. Dicka „Blade Runner”, stąd repertuar, w którym muzycy jedynie „powielali” utwory innych muzyków.
Trzeba jednak przyznać,że covery w wykonaniu Replicants brzmią interesująco, choć pewna niepokojąca nuta pobrzmiewająca w nagraniach sprawia, że piosenki są dosyć trudne w odbiorze.

Sama płyta ukazała się w 1996, a już wkrótce potem D’amour i Pitman ruszyli formować inny zespół, natomiast Andrews i Edwards wrócili do grupy Failure.

Zawartość muzyczna płyty przedstawia się następująco:

* 1. „Just What I Needed” (The Cars)


* 2. „Silly Love Songs” (gościnnie Maynard James Keenan jako wokalista) (Wings)


* 3. „Life’s a Gas” (T. Rex)


* 4. „Cinnamon Girl” (Neil Young)
* 5. „How Do You Sleep?” (John Lennon)
* 6. „Destination Unknown ( Missing Persons)


* 7. „No Good Trying” (Syd Barrett)
* 8. „Are ‚Friends’ Electric?” (Gary Numan)


* 9. „Dirty Work” (Steely Dan)


* 10. „The Bewlay Brothers” (David Bowie) ( śpiewa Chris)

 


* 11. „Ibiza Bar” (Pink Floyd) ( śpiewa Paul D’Amour )

 

Dla fana Gn’R dość istotna będzie informacja, że Chris nie tylko  pełni rolę głównego wokalisty w „Bewlay Brothers”, ale także wspomaga zespół na klawiszach, gitarze akustycznej oraz pełni rolę pomocniczego wokalisty w pozostałych utworach.

Podobnie, jak Gunsi na „Spaghetti Incident” polecam sięgnięcie po oryginały 🙂