Replacements – Please to meet me

7 lipca 1987 ukazał się kolejny, piąty już album grupy Replacements, pod tytułem „Pleased to meet me”. Był to album szczególny, gdyż w trakcie pracy nad nim wykolegowano z zespołu Boba Stinsona i w efekcie Replacements stali się trio. O okolicznościach odejścia brata Tommy’ego wspomniałem w poprzedniej notce, więc tutaj tylko dla porządku dodam, że Bob wprawdzie uczestniczył w pierwszych pracach nad tym albumem, ale wszystkie piosenki z albumu Replacements nagrali w trzy osoby, już bez Boba.

Intrygujący tytuł, ciekawa okładka, sugerująca powitanie „biznesmana” z „punkrockowcem”, ale w tle tak naprawdę było pożegnanie, a nie przywitanie. I to pożegnanie podwójne, gdyż Replacements nie tylko  usunęli Boba, bowiem wraz z nim utracili utracili też swoje punkowe korzenie i ruszyli w stronę bardziej przyswajalnej muzyki. Głównym kompozytorem, surfującym po różnych gatunkach muzyki, pozostał Westerberg, który samodzielnie stworzył 7 z 11 utworów.

Płyta nie spotkała się z uznaniem fanów, gdyż wylądowała zaledwie na 131 miejscu w Top 200 Bilboardu.

Czy naprawdę była taka zła?

Przekonajmy się:

MTV chcąc promować Replacements miało twardy orzech do zgryzienia już wcześniej, ale gdy wreszcie udało sie namówić zespół do tego, by pokazał się w swoim własnym klipie Replacements wybrali kontrowersyjną  piosenkę „The ledge” poruszającą temat samobójstwa. To w ugrzecznionym MTV nie miało szans, w efekcie ten sam klip ilustrował później piosenkę „Alex Chilton”.

Warto wspomnieć,że Alex Chilton to  realna  postać, współpracująca z Replacements już podczas nagrywania albumu „Tim”. Gra również na gitarze w „Can’t hardly wait”. Chilton to muzyk, producent, gitarzysta, człowiek orkiestra 😉

Recenzując „Pleased to meet me” Rolling Stone pytał:”Gdzie był Westerberg, gdy Bóg przydzielał pewność siebie.Czy stał w kolejce po piwo?”
Recenzent wiedział,że Paul jest uzdolniony.Ale czy sam Westerberg zdawał sobie z tego sprawę? Tak,czy inaczej „Pleased to meet me” było już zdecydowanie bardziej płytą Westerberga niż Replacements ,płytą bardziej radiową, niż wszystko, co wcześniej nagrał zespół. Mimo,że Replacements zdołało nagrać album w trójkę,to jednak nowy gitarzysta okazał sie potrzebny. Został nim, znany w okolicy Minneapolis, Bob „Slim” Dunlap, który dołączył do grupy w 1987. Miał on dołączyć wcześniej,ale odmówił, jednak po przemyśleniu sam zgłosił się do zespołu doceniając talent Paula.

Na „Please to meet me” oprócz Westerberga komponowali także Chris Mars i Tommy Stinson. Byli oni współautorami  piosenek:  „Alex Chilton’, „I don’t know”, „Valentine” i „Shooting dirty pool”.

Warto na koniec wspomnieć jednego z twórców grupy,który odszedł przed wydaniem  piątego albumu.

Ladies and gentlelman Mr. Bob Stinson:


Prawdopodobnie jest to zdjęcie z rozmowy telefonicznej, podczas której Bobby Stinson został namówiony do opuszczenia zespołu.



Replacements jeszcze z Bobem

Ślub Boba w 1986

Warto podkreślić fakt, że Bobby Stinson nie był jedyną osobą w zespole, która miała problem z używkami, o czym zresztą mógł się przekonać każdy ówczesny fan grupy. Jednak tak się złożyło, że tylko on opuścił wtedy zespół.
Tak, czy inaczej „Please to meet me” jest dla mnie końcem pewnej epoki.

Wraz z Bobem odeszła część Replacements…

Jeff Paris – Wired Up

 

Jeff Paris debiutował w 1986 płytą „Race to paradise”, na której wspomagali go: na basie Roger Fiets, a także Pat Torpey (później Mr.Big) na perkusji. Płyta udowodniła, że Paris zna się na muzyce, więc kiedy rok później Jeff szukając nowych członków zespołu zapytał basistę Gary’ego Moona, czy chce z nim nagrać płytę ten nie wahał się ani chwili. Tyle tylko,że zespół Jeffa Parisa potrzebował równiez perkusisty… Gary znał Matta wcześniej, grywali czasem razem, z tym, że nigdy nie było wiadomo,gdzie Matt aktualnie przebywa, więc trudno było go polecić. Tak się jednak zdarzyło, że Sorum wkrótce pojawił się w otoczeniu Moona i ten mógł polecić go Parisowi.

Zespół ruszył na podbój muzycznego świata 😉


Wśród osób,którym złożono podziękowania na płycie znalazł się również przyszły prezydent Sony Records  -Tommy Motolla.

Cryin’ zostało później scoverowane przez grupę Vixen. W 1989 cover znalazł się w Top 40.

Za dochód z płyty Matt kupił sobie Datsuna Z28, samochód, którym jeździł,póki nie zarobił więcej pieniędzy w zupełnie innym zespole.
Sorum krótko koncertował z zespołem po wydaniu płyty. Sam Jeff Paris nagrywał dalej. Ostatnie; jak do tej pory; nagrania Parisa pochodzą z wydanej w 1998 płyty „Freak Flag”.

Płyta zakorzeniona jest w muzyce lat 80-tych. Kojarzycie te wszystkie pseudometalowe zespoły ? 😉 Wystarczyłoby włączyć jakikolwiek z nich i dodać trochę więcej klawiszy i w zasadzie mielibyśmy pełny obraz tego,co grał Jeff Paris. Nie znaczy to, ze płyta jest zła. Takie kawałki jak: „Cryin'”, „I can’t let go”, „Heart to the flame”, czy „Matter of time” mogą się spodobać.

 

Tyle tylko, że bije od tego wtórnością. Słucham Jeffa Parisa, a jednocześnie całej gamy zespołów tego okresu. Jeśli ktoś lubi, to będzie jak znalazł, jeśli nie, cóż, szkoda czasu.
Może jestem zbyt krytyczny, ale naprawdę nie widzę w tym zespole niemal żadnego potencjału. Owszem część piosenek jest całkiem nieźle zagrana, ale nic poza tym. Coś takiego, co wpadnie jednym uchem, a drugim wypadnie.
Mógłbym powiedzieć nawet, że to muzyka idealna, bo nie przeszkadza.  hehe

Nieprzypadkowo wśród utworów,jakie wyróżniają się na płycie wybrałem „I can’t let you go.” Jak się okazało mialem „nosa”,gdyż ta własnie piosenka była singlem promującym płytę. Czy jest czymś szczególnym?

Mi płyta „Wired up” kojarzyła się z wieloma innymi.
Przesłuchałem ją kilka razy,ale bez jakiejś specjalnych emocji. Biorąc pod uwagę to, jak dużo ludzi było zaangażowanych w jej tworzenie nie okazała się niczym szczególnym.
Matt jest słyszalny bardziej lub mniej, chociaż częściej ma się wrażenie, że równie dobrze w niektórych piosenkach mógłby go zastąpić automat perkusyjny.

Płyta jest w zasadzie spokojna, więc nie polecam ją miłośnikom Slayera, ale już tym,co lubują się w twórczości Bon Jovi, czy podobnych zespołów jak najbardziej. Tyle, że, jak wspomniałem, rewelacji się nie spodziewajcie, ciężkich gitarowych solówek też zresztą nie, choć parę razy można odczuć,że gitara jest na płycie, ale zbyt często się to nie zdarza 😉

Tak,czy inaczej fanom Matta płyta na pewno pokaże, jak rozwijały się stopniowo jego umiejętności. Warto też skonfrontować te nagrania z tym, co Matt gra obecnie i z jego zdaniem na temat muzyki rockowej.

Mam nadzieję,że mimo ostrych w sumie słów nie zniechęciłem was do przesłuchania płyty. Gusta nie podlegają dyskusji.
Przesłuchajcie i wyróbcie sobie własną opinię 🙂